dziürer

Znalazłam przed chwilą taki rozpadający się, poklejony tanią, niezbyt wytrzymałą taśmą klejącą, śmierdzący i stary album ze szkicami Dziurera ( = taki żarcik słowny, coby było wiadomo, że się między innymi rycinami zajmował). Zawsze bardzo się raduję faktem, że na półce z albumami dot. historii sztuki coś wygląda na zużyte, bo to mi daje złudzenie, że ktoś się tą dziedziną wiedzy kiedykolwiek faktycznie zajmował. Ciężko o to u mnie; jestem niemal pewna, że na całą szkołę przypadnie może pięć osób, które wiedzą, kim - przykładowo - ów Dziürer był. Ale spokojnie, wiedzy złaknieni uczniowie, oczywiście wszyscy na pewno czytają ten mój mały zakątek internetów. A przynajmniej na pewno wścibskie babcie obczajające za darmo poranną prasę i lurkujące mi przez ramię tutaj, w czytelni, gdzie sobie właśnie teraz siedzę, bo tradycyjnie w poniedziałki robię wagarki w MBP. Joł. 
Wychodzę z założenia, że analizując jakąkolwiek postać, zanim wyda się o niej opinię, warto postawić sobie pytanie: "co by było, gdybym była - przykładowo - Albrechtem Dürerem". Chociaż właściwie w większości przypadków bezowocna będzie próba wtopienia się w męskie umysły, bo zanim nastały czasy współczesne trudno o wybitne, docenione artystki i można śmiało stwierdzić, że malarstwo, architektura i rzeźba należały wyłącznie do mężczyzn - kobiety były do pomagania i nikt nie zwracał na nie uwagi.
Wracając do tematu, będąc synem złotnika nie da się uniknąć lekcji rysunku, które mały Albrecht polubił najbardziej, co zaowocowało, albowię w krótkim czasie okazał się być najlepszy z osiemnaściorga rodzeństwa (z tego miejsca gratuluję płodności renesansowym mężom i ojcom, gdyby nie oni i ówczesny brak środków antykoncepcyjnych, nie mogłabym tego teraz pisać). Młody Dürer już w wieku trzynastu lat imponował biegłością w tworzeniu portretów, czego dowodem jest ten najwcześniejszy (1484 r.).


Wdzięczny rysunek dziecięcej twarzy z okalającymi ją, standardowo długimi włosami zapoczątkował serię autoportretów; jest to tendencja spotykana w twórczości wielu artystów, nie tylko - przykładowo - Albrechta, którzy w ten sposób mogli badać samych siebie i dążyć do pełniejszego zrozumienia własnego rozwoju & następujących zmian dyktowanych upływem czasu. Na parę słów zasługuje również pierwszy autoportret w dziejach europejskiej sztuki powstaly jako osobne dzielo, a także ten z 1500 roku, swoją frontalnością nawiązujący do przedstawień Jezusa, z zarysowanym krzyżem w źrenicy oka. Wyidealizowany portret może dać świadectwo wyrazistej osobowości autora, który przez swoją charyzmę i zadbany, budzący sympatię wizerunek zdołał zdobyć wielu przyjaciół. 
Dürer ćwiczył warsztat nie tylko na próbach przedstawiania podstawowych elementów ciała, ale niczym Piotr Wielki jakiś czas później, interesował się deformacjami i obiektami zgoła odbiegającymi od przyjętych za normalne. I nie bądźcie na mnie źli, musiałam to dodać, bo miałam letkom bekę z nazwy MONSTRUALNY PROSIAK Z LANDSER. Mimo wszystko Dürer nieustannie czerpał inspirację z natury, z zapałem studiował poszczególne jej elementy, nie tylko faunę, ale i florę - to studium do tej pory stanowi jedno z najslynniejszych przedstawień natury ever.
Zanim przejdę do tematu życia Dürera już jako bogacza, warto byłoby naszkicować tło historyczne, w którym żył. Jednym z powodów, dla których dziś piszę własnie o nim, a nie o kimś innym, jest wystawa "The Northern Renaissance" w Bakhingam Palas, przypominająca o ciężkich czasach piętnastego i szesnastego wieku, niepokoju, którego doświadczali ludzie wówczas żyjący. Słowo "renesans" każdemu licealiście powinno przywodzić na myśl Italię i jej stanowczy postęp w niemal każdej dziedzinie nauki, ale tym samym nie można zapominać o krajach, w których mimo ciągłego, mocniejszego i dłuższego oddziaływania gotyku, wybitne jednostki zdołały osiągnąć coś innowacyjnego - Bruegel, Memling albo mój przeuwielbiany Bosch w Niderlandach, Fouquet we Francji czy Cranach, starszy Holbein i dzisiejszy bohater w Niemczech. Odrodzenie było jak wybuch, przebudzenie ze średniowiecznego snu: ludzie zaczęli (lub dopiero uczyli się zaczynać) postrzegać świat na nowo, odczytywali klasyczne teksty i sztukę, nadawali jej nowy sens i interpretację. Przemiany w sferze religijnej również nie pozostawiły złudzeń dla światopoglądu przeciętnego, w miarę wyedukowanego mieszkańca Europy. Coś, co przez długi czas było niekwestionowalne, staje się przyczynkiem dla rodzących się wątpliwości, wyciera się kurz z dawnych pytań dotyczących przeznaczenia człowieka i jego roli w społeczeństwie. Potęguje się strach przed śmiercią, pojawiają spekulacje na tematy apokalipsy, czego oddziaływanie widać w kolejnych grafikach Albrechta, który swoją wrażliwą na panujące nastroje duszą, rejestrował z wielkim zapałem i wyobraźnią. 
"Czterech Jeźdźców Apokalipsy" nie bez powodu przyniosło Dürerowi pierwszą sławę i sukces; wystarczy dokładniej się przyjrzeć, żeby z każdym centymetrem kwadratowym dostrzec kolejne drobne szczegóły, które potęgują całą obecną w tym dziele dynamikę. Nic nie jest tu zbędne, każdy element działa na wyobraźnię w równym stopniu. Precyzyjnie oddane twarze jeźdźców, z których każdy symbolizuje coś innego - śmierć, głód, wojnę, ale także zwycięstwo dobra, stanowią same w sobie przestrogę dla współczesnych ludzi, nie wspominając nawet o tym, co dzieje się w dolnej części obrazu - śmiertelnicy są tratowani przez ogromne konie, w szaleńczym tempie przemierzające zdobyte miejsce, prowokujące tumany dymu (?) kurzu (?), który okala twarze umierających ludzi. Wrażenie pędu wzmagają dodatkowe poziome linie sztychu i unoszący się nad cala tragedią anioł, przypominający o obecności Boga. Nie można również zapomnieć o symbolice i atrybutach każdej z postaci; mieczu, wadze lub łuku. 

Kolejną ryciną, stanowiącą już magnum opus tego pięknego człowieka, jest "Melancholia I", różniąca się znacząco od jeźdźców, niemal eksplodujących w oczach. W porównaniu z nimi, obraz ten wydaje się przygaszony, spokojny. "Melancholia" została wykonana w znacznie późniejszym etapie życia artysty, po śmierci jego matki. Numeracja w tytule nie wskazuje na to, że artysta planował stworzyć nawiązujące kontynuacje, a raczej aluzję do trzech typów melancholii wg Agrippy, dokładniej rodzaju "Melencholia Imaginativa" - ale w sumie kogo to.


W centrum, jak doradza mi jakieś randomowe Taschenowskie opracowanie i seria Rzeczypospolitej o klasykach sztuki, mamy uskrzydloną alegoryczną postać, dziewczynę będącą symbolem melancholijnego humoru. Twarz, której nie powinien okalać cień, ma reprezentować i oddawać stan duszy, podobnie ukrytej w mroku, zbolałej i nieszczęśliwej - chociaż podobno reprodukcje sprawiają, że twarz wydaje się ciemniejsza i smutniejsza, niż jest w rzeczywistości. 
Młoda dziewczyna z wieńcem na głowie wydaje się być dogłębnie zmartwiona jakimś aspektem, którego rozwiązania nie potrafi dostrzec. W ręku i na kolanach trzyma nieużywany cyrkiel i księgę, zupełnie jakby frapujący ją problem nie pozwalał na wykonywanie jakiejś czynności, popada w zupełną stagnację. Nad nią widoczny jest magiczny kwadrat, którego magiczność polega na tym, że dodając poszczególne pionowe i poziome liczby, zawsze otrzymamy 34, bo tyle Dziürer mial lat, kiedy rycinę stworzył. MAGICZNE, DOPRAWDY.
Obok znajduje się symbol upływającego czasu - klepsydra, która odnosi się również do innych symboli-przyrządów związanych z matematyką - kompasem, bryłami. Nietrudno wyróżnić elementy autobiograficzne i odnoszące się do duszy Dürera, który sam był mężczyzną pełnym sprzeczności, jego niepokoje w pewien szczególny sposób kolidowały ze świadomością sukcesu i własnej wielkości.
(mój prywatny schizowy wniosek jest taki, że pewnie był enneagramową czwórką, i dlatego go lubię)
(własnie sobie uświadomiłam, że napisałam najbardziej poważną notkę w historii tego bloga i nie wiem, czy śmiać się czy płakać)
(PS słuchajcie wszyscy Devendry Banhart! Przez niego zima nie wydaje mi się już taka przytłaczająca.)